tęsknię za smokiem

Traktuj każdy jak gdyby był twoim ostatnim…

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 12 listopad 2008

Są takie dni, kiedy człowiek nie wygląda jak człowiek, zarywa noc, zasypia na zajęcia, na których ma wygłosić speech pod publiczkę, na wariata zamawia taksówkę. Są takie dni, kiedy człowiek, w takim krytycznym momencie swej egzystencji, orientuje się, że nie ma środków na koncie, więc dalej, usiłuje doładować konto przez internet, potem w popłochu i rzucając nieprzystojnymi wyrazami usiłuje znaleźć listę haseł jednorazowych i w końcu słowo staje się ciałem. Speech pod publiczkę, jak się czytelnik domyśla, jest mniej płynny niż próby artykulacyjne jąkały. Oraz równie irytujący. Są takie dni, kiedy człowiek w popłochu, panice i całkiem irracjonalnym przeczuciu klęski, lekceważy wszelkie konwencje, takt i dobry ton. Prezentując się na oczach cokolwiek nieznanych sobie jeszcze spektatorów, tęsknie patrzy w okno, trzyma rękę w kieszeni, wykładowczyni wręcza przygotowany handout jako ostatniej, płochliwie i nad wyraz często spogląda w swoje notatki (których, cóż tu dużo mówić, nawet do końca nie przeczytał) i ogólnie rzecz biorąc, ostentacyjnie i półświadomie wszystkie konwencje ma w dupie. W ramach akcji “nie idę, pierdolę”, rezygnuje z uczestnictwa w dalszych zajęciach jak również odrzuca szansę zarobienia pieniędzy. Na rzecz nażarcia się w akademickim barze. Są również takie dni, kiedy człowiek po ciężkim dniu wraca do domu, a będąc w odległości ok. 20m od przystanku (na tyle blisko, żeby widzieć, na tyle daleko, żeby nie zdążyć) spostrzega wehikuł, którym mógłby się przetransportować. Oczywiście, widząc, że nie zdąży, widzi również, że podjeżdzają trzy naraz, jebaki. Gdy już się wydaje, że nic więcej nie może pójść źle, bo co mogło, to poszło, okazuje się, że otóż jesteśmy w błędzie. Chce człowiek wynieść odpady, wyrzuca zepsuty jogurt to worka, worek w ramach buntu się przedziera, i efektowna lawina gruszkowego jogurtu zalewa kwiaty na dywanie. A więc są takie dni, przy których piekło wydaje się być u Pana Boga za piecem.

I za każdym razem powtarzam sobie, z klasą, dziewczyno, z klasą. Ale nie. Ostatecznie i tak biegnę jak jebany dzikus za bawołem.

Nowy ołówek – mała rzecz, a cieszy

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 12 listopad 2008

Now I am the researcher of the time. Everything on the plate of Wikipedia. How difficult can it be to press a button and elicit all the information that is needed? So I tell you: less difficult than saying a word ‘easy’ for someone with healthy speech organs.

Gdzie ten ołówek? A w manuskrypcie do powyższych bzdur właśnie…

Stacja I – biczowanie

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 4 listopad 2008

Zdało się mnie dzisiaj, że jestem męczennicą pańską, uosobieniem cierpienia i cierpliwości. I choć się ta przypowieść zaczyna nad wyraz biblijnie, wynalazca boilera łazienkowego i jego użytkownik (konkretnie ten, który jest moim, tak zwanym, landlady) stali się adresatami już znacznie mniej biblijnych epitetów. Temperatura wody zmieniająca się co trzy minuty, dość szybko przechodząc od wrzątku po ekstremalną mrożonkę może być pod prysznicem niezbyt przyjemną eksperiencją. Jeśli do tego dodać fakt, że rozmiar prysznica uwzględnia tylko ruch wokół własnej osi i przed biczami wodnymi nie ma gdzie spieprzać, czytelnik z pewnością zrozumie moją bohaterską postawę i heroiczne poświęcenie na rzecz higieny. Czytelnik z nieco bogatszą wyobraźnią posunie się dalej, wizualizując sobie owego demona gniewu (mnie) w gorących oparach bijących pod sufit. W nieco już mniej demonicznym przykurczu.

Eee…

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 3 listopad 2008

Miałam objawienie niczym św. Brygida Szwedzka, iluminację niczym Szaul w drodze do Damaszku. Słowa same układały się w spójną całość, lekko okraszone dowcipem i lakierowane polotem. Notka na miarę pierwszej od dawna notki. A potem był pociąg relacji Wrocław – Gdynia Główna i cała iluminację cholera wzięła.

W związku z tym ograniczę się jedynie do informacji, że J. udostępnił publicznie nasz drugi wspólny kawałek, który zainteresowani mogą sobie odsłuchać tutaj.

Koniec świata pod prysznicem

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 25 sierpień 2008

…Ni stąd, ni zowąd, pod prysznicem pęka rura, potężna fala wody rozpryskuje się na ścianach. Chwilę potem na ścianach rozpryskuje się także alarmujący wrzask starszej właścicielki tej miejskiej łaźni: “Hydraulikaaa!!!” Na to przybiega młody hydraulik, blondyn, budowy szczupłej i zaczyna wojować, manewrując śrubokrętem pod samym sufitem. Widząc, że jego manewry nie na wiele się zdają, wybiegam na ulicę. W mokrej nocnej halce. W tej nocnej halce. Przychodzi mi do głowy, że jestem potwornie głupia w swoim przeświadczeniu, że akurat ulicą będzie sobie przechodził hydraulik. Przechodził wszak tylko chłopczyna, który niósł dla nas w przesyłce paczkę siana z rodzaju siana dla zwierzów domowych. W akcie desperacji i rezygnacji pytam go czy nie zna może jakiegoś hydraulika.
- No ja jestem hydraulikiem!
- ???
- I od ToiToi.
- …

Takie mam ostatnio erotyczne sny.

Jak zwykle

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 5 sierpień 2008

Co powinnam teraz robić? Po pokoju, który jeszcze rano był zdatny do przemierzania go wzdłuż i wszerz, a teraz jest zdatny tylko do przedzierania się, fruwają ręczniki, z łoża kaskadami spływają różne części garderoby, a istnienie biurka będzie można stwierdzić tylko wtedy, gdy zmiecie się z niego stosy kosmetyków i leków (w tym tablety, które wyprałam razem z torbą). Nowozakupiony turystyczny plecak wala się po pokoju z otwartą z przerażenia klapą i ma to doprawdy wiele z “Krzyku” Muncha. Co powinnam teraz robić? Tradycyjna wizja takich przygotowań koncentruje się zazwyczaj na miotającej się niewieście, która uparcie usiłuje zmieścic pół swojej szafy w ograniczoną przestrzeń podróżnej torby, która potem obija się jej o kostki. Tym razem będzie już o tyle inaczej, że obijać sobie będę wyższe partie ciała. Zatem miotanie się i galop na dworzec należy do tradycji. A co ja teraz robię? Popijam, relaksuję się i snuję romantyczne wizje. Zero stresu. Zero pośpiechu. Lilia na nieruchomej tafli jeziora. W końcu pociąg dopiero o 4:00, przyjdzie jeszcze czas na pośpiech. A wtedy to już sztorm, rozpacz i drganie uszu.

Sezon oficjalnie uważa się za otwarty!!!

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 8 lipiec 2008

Trzy wykrzykniki w tytule mogą sugerować wiele rzeczy, ale gwoli ścisłości sugerują bezbrzeżną, wylewającą się z mych oczu i ust euforię. Wystarczy wziąć pod uwagę fakt, że przez ostatnie tygodnie mój codzienny grafik skupiał się wokół pracy licencjackiej, tego koszmaru nocnego, tej jędzy codziennej, z którą musiałam współpracować, niechętnie i opornie. Jeśli ten fakt zestawi się ze zdarzeniem wczorajszym, mianowicie oprawieniem pracy oraz porzuceniem jej wraz z indeksem w odpowiednim punkcie uczelni, to euforia ta zaczyna nabierać logicznego uzasadnienia. Statystycznie pozbyłam się 85 stron bełkotu, zawierających 2 appendixy, 15 wykresów, 88 pozycji bibliograficznych, ze słowem kluczowym brzmiącym “language aptitude”. Jak pisał poeta, never more. Co prawda promotor stwierdził z przekąsem, że ocena z seminarium będzie taka jaka powinna być, trzeba było wcześniej oddać pracę, i za karę wpisał nam po czwórce. Serce omal mi nie pękło, doprawdy. O ile wczoraj jeszcze nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, tak jak ktoś kto dźwigał niebanalny ciężar przez dłuższy czas, pozbył się go, ale wciąż widzi ślady na swoich rękach, tak już dziś zaczynam widzieć, że moje kończyny i mózg zaczynają się goić. Dodajmy do tego to, co zaplanowałam na te wakacje. Zestawmy to z tym, co robiłam w poprzednie. Wychodzi nam piękna, soczysta, słodka Euforia. Tak mogłabym mieć na imię tego lata. Perspektywy w skrócie: morze kameralnie, dwuosobowo (aczkolwiek konkretna miejscowość wciąż pozostaje nieokreślona), Warszawa (pamiętam, pamiętam, poza tym lakier ma przecież długą datę ważności ;P ), Góry Stołowe, z gór do Pragi (aaaaaaa!!!), Gdańsk (mam nadzieję, że bardziej długoterminowo). Poza tym włóczę się między swoją mieściną a uczelniana mieściną i opieprzam bezwstydnie. Na dodatek jest mi z tym rozkosznie przyjemnie. Pracowałam zeszłego lata, przyszła pora stracić i się zatracić. I nie będę wcześnie wstawać, chyba tylko wtedy, gdy w ogóle się nie położę. I nie będę wcześnie się kłaść, chyba tylko wtedy, gdy w ogóle nie wstanę.

Natomiast chwilowo, dokładniej od wczoraj, uczęszczam się uświadamiać artystycznie na festiwal filmowy, który w zestawieniu z rozmiarami mojego miejsca zamieszkania, może się wydawać śmieszny, acz taki nie jest. Co więcej, klimat jest przyjemnie, powiedzmy, kameralny. Projekcje odbywają się, między innymi, na Amfiteatrze miejskim, w lesie, nad jeziorem, wieczorem. Nietoperze zakreślają bezgłośne łuki na ciemnoniebieskim tle nieboskłonu, a na ekranie między drzewami drży światło. I ja, proszę państwa, uwielbiam, gdy zakreślają i drży. We mnie wtedy też drży i drży radośnie, ekstatycznie, wręcz metafizycznie i bosko. Tymże akcentem czas zakończyć. Zbliża się pora kolejnego seansu.

ps. Dla chętnych lub z niedaleka program festiwalu tu .

Kabarytowa RYmowanka ZY Stróżym Na Dwa Serca*

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 2 czerwiec 2008

Heroina:    Oplątała nas cisza grubym powrozu sznurem.
                 Postawiła mur pomiędzy, z kluczem gęsi nad murem.
                 Mi na wschodzie, tobie na zachodzie 
                 marzną na kamień dłonie.
                 Ja po lewej, ty po prawej, nigdy po tej samej stronie.
                 Nasza mała zimna wojna w dźwiękach anielskiego chóru.
                 Ja uderzam czołem w ścianę, tyś przyparty do muru.

Narrator:   Chociaż może nieco mylić natłok tych smutnych wrażeń,
                 heroina z optymizmem zmieni bieg wydarzeń.

Heroina:    Wyhoduję wielkie pnącze do samego nieba.
                 Każdej nocy pnąć się będę, jeśli będzie trzeba.
                 A gdy stanę już na szczycie, twoje imię wrzasnę,
                 Byś mnie łapał, po twej stronie, w swe objęcia ciasne.
                 Udasz, że jak puch i łąka są ramiona twoje,
                 Ja zaś na złość grawitacji, że już się nie boję.
                 W końcu stąpnę lekko w przepaść z krzykiem
                 wręcz triumfalnym, 
                 Chociaż stąpnięć tego typu finał jest fatalny.
                 Anioł Stróż z politowaniem tylko się popuka w czoło.
                 (Przyznać musi, że, przynajmniej, ma ze mną wesoło).

                 Analizie przypowieści nie potrzebna lupa.
                 Tak z miłości, jak z głupoty
                 nie wyleczy obita dupa.

                 (Kurtyna)

 

* Inspired by the Binding Theory of the Contrastive Grammar of English and Polish :]

Pani K. ma kota. Kot się wabi Kac.

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 24 maj 2008

Rzekł Przyjaciel: “W trudach i mękach pracę swą piszesz. Pójdź zatem w noc ciemną, trunku skosztować złotego, a nastanie światłość. Słowo nastanie i radość, gdy praca sama pisać się będzie.” Posłuchałam. Przybyłam, zobaczyłam, padłam. Podsumowując dokonania wieczoru: zignorowałam jakiegoś ciemnego typa rasy obcej, zgubiłam pół kolczyka (ale to mnie nie dziwi, zmartwiłabym się, gdybym nie zgubiła), ze zdziwieniem obudziłam się w miętkiej, acz cudzej pościeli. Bez butów. I bez spodni, tak. Na wszelki wypadek dodam, że “to nie jest tak jak myślisz”. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że wszelkie interakcje zachodziły w granicach więzi rodzinnych lub prawie. Implikacja jest taka, że siedziba, pościel oraz pewne części garderoby należały do członka rodziny. Lub prawie.

Jeżeli natomiast chodzi o dzień dzisiejszy, to tak, wszystko wraca do normy. Niekoniecznie do formy. Światłość nastała, jeno tylko na dworze. Mój umysł za to ma jakąś enigmatyczną dla mnie zawartość i odmawia współpracy. Nie muszę przypominać, że to nie jest dobry moment, podczas gdy muszę spłodzić jeszcze jakieś 15 stron licencjatu i przyswoić sobie wiedzę metodyczną w objętości nieprzyswajalnej. Nie do wtorku.

Viva la vie! 

 

ps. R. uprzejmie prosi się o niewykorzystywanie zamieszczonych tu informacji. Tak w  kontekście papetówki :P    

Apdejcik: Ta tam! Okazało się, że te spodnie to ja sama! :>

Żeby się sobą zauroczyć

Opublikowany w Prozaicznie przez shenna w dniu 26 kwiecień 2008

Ja mam rzekomo trochę wdzięku
Ty masz jaskrawo smutne oczy
Znajdzie się zatem jakiś powód
Żeby się sobą zauroczyć
I żeby to zauroczenie
Ująć w banalnie wielkie słowa,
Żeby się sobą pozachwycać,
Żeby się sobą rozkoszować…

Ja Cię odszukam bez kłopotu
W tłumie tak zwanych zwykłych ludzi,
Potem się Tobą będę cieszyć,
A Ty się przy mnie nie zanudzisz

Znajdziemy powód by być z sobą,
Żadnych wymagań, planów żadnych
- Ty będziesz piękna…
- A Ty mądry…
- Ty będziesz dobra…
- A Ty ładny…

A potem sam się znajdzie powód
By zwątpić czy to się opłaca
Znajdziemy powód by odchodzić
I sto powodów, żeby wracać

Gdzie nie spojrzymy będzie ładnie,
Bo zamieszkamy wśród ogrodów…
Znajdziemy powód by być z sobą
Albo będziemy bez powodu…

                                   Artur Andrus