Babę zesłał Bóg…
Na początek może wyznanie skandalistki: przysypiam na koncertach. Otóż, nawet nie dlatego, że niektóre bywają nudne, ale dlatego, że mi tam tak sennie, błogo, dymnie i lulu. Mózg mi się wyłącza jak przegrzany czajnik, padam bez symbolicznego gwizdnięcia.
Riverside – po trzech kawałkach turn-off i do końca nie mam pewności czy te dudy to nie była tylko moja faza REM. Coma – ożywienie popołudniem, co jest cytrynowe i bezkarne. Na bis, dodam. Więc myślę sobie, nie ma dla mnie ratunku.
A tu dzisiaj babę zesłał Bóg. Galeria byla ogrodzona drutem, baba podłączyła go do prądu. Co twardsi, oniemieli. Co delikatniejszym, odeszły wody i zsączyły się za kołnierzyki.
W drodze powrotnej biegnę na nocny, rącza gazela przez jesienny krajobraz. Omiatam przystankowy rozkład gorączkowym spojrzeniem, a że słabo omiatam, biegnę przystanek wstecz. Tym razem jak jebany dzikus. I wsysając płuca na swoje miejsce myślę tylko, że jednak dwie rzeczy istnieją naprawdę: Bóg i baba. Reszta to pomyłka ;>
zostaw komentarz