Traktuj każdy jak gdyby był twoim ostatnim…
Są takie dni, kiedy człowiek nie wygląda jak człowiek, zarywa noc, zasypia na zajęcia, na których ma wygłosić speech pod publiczkę, na wariata zamawia taksówkę. Są takie dni, kiedy człowiek, w takim krytycznym momencie swej egzystencji, orientuje się, że nie ma środków na koncie, więc dalej, usiłuje doładować konto przez internet, potem w popłochu i rzucając nieprzystojnymi wyrazami usiłuje znaleźć listę haseł jednorazowych i w końcu słowo staje się ciałem. Speech pod publiczkę, jak się czytelnik domyśla, jest mniej płynny niż próby artykulacyjne jąkały. Oraz równie irytujący. Są takie dni, kiedy człowiek w popłochu, panice i całkiem irracjonalnym przeczuciu klęski, lekceważy wszelkie konwencje, takt i dobry ton. Prezentując się na oczach cokolwiek nieznanych sobie jeszcze spektatorów, tęsknie patrzy w okno, trzyma rękę w kieszeni, wykładowczyni wręcza przygotowany handout jako ostatniej, płochliwie i nad wyraz często spogląda w swoje notatki (których, cóż tu dużo mówić, nawet do końca nie przeczytał) i ogólnie rzecz biorąc, ostentacyjnie i półświadomie wszystkie konwencje ma w dupie. W ramach akcji “nie idę, pierdolę”, rezygnuje z uczestnictwa w dalszych zajęciach jak również odrzuca szansę zarobienia pieniędzy. Na rzecz nażarcia się w akademickim barze. Są również takie dni, kiedy człowiek po ciężkim dniu wraca do domu, a będąc w odległości ok. 20m od przystanku (na tyle blisko, żeby widzieć, na tyle daleko, żeby nie zdążyć) spostrzega wehikuł, którym mógłby się przetransportować. Oczywiście, widząc, że nie zdąży, widzi również, że podjeżdzają trzy naraz, jebaki. Gdy już się wydaje, że nic więcej nie może pójść źle, bo co mogło, to poszło, okazuje się, że otóż jesteśmy w błędzie. Chce człowiek wynieść odpady, wyrzuca zepsuty jogurt to worka, worek w ramach buntu się przedziera, i efektowna lawina gruszkowego jogurtu zalewa kwiaty na dywanie. A więc są takie dni, przy których piekło wydaje się być u Pana Boga za piecem.
I za każdym razem powtarzam sobie, z klasą, dziewczyno, z klasą. Ale nie. Ostatecznie i tak biegnę jak jebany dzikus za bawołem.
Nowy ołówek – mała rzecz, a cieszy
Now I am the researcher of the time. Everything on the plate of Wikipedia. How difficult can it be to press a button and elicit all the information that is needed? So I tell you: less difficult than saying a word ‘easy’ for someone with healthy speech organs.
Gdzie ten ołówek? A w manuskrypcie do powyższych bzdur właśnie…
Stacja I – biczowanie
Zdało się mnie dzisiaj, że jestem męczennicą pańską, uosobieniem cierpienia i cierpliwości. I choć się ta przypowieść zaczyna nad wyraz biblijnie, wynalazca boilera łazienkowego i jego użytkownik (konkretnie ten, który jest moim, tak zwanym, landlady) stali się adresatami już znacznie mniej biblijnych epitetów. Temperatura wody zmieniająca się co trzy minuty, dość szybko przechodząc od wrzątku po ekstremalną mrożonkę może być pod prysznicem niezbyt przyjemną eksperiencją. Jeśli do tego dodać fakt, że rozmiar prysznica uwzględnia tylko ruch wokół własnej osi i przed biczami wodnymi nie ma gdzie spieprzać, czytelnik z pewnością zrozumie moją bohaterską postawę i heroiczne poświęcenie na rzecz higieny. Czytelnik z nieco bogatszą wyobraźnią posunie się dalej, wizualizując sobie owego demona gniewu (mnie) w gorących oparach bijących pod sufit. W nieco już mniej demonicznym przykurczu.
Eee…
Miałam objawienie niczym św. Brygida Szwedzka, iluminację niczym Szaul w drodze do Damaszku. Słowa same układały się w spójną całość, lekko okraszone dowcipem i lakierowane polotem. Notka na miarę pierwszej od dawna notki. A potem był pociąg relacji Wrocław – Gdynia Główna i cała iluminację cholera wzięła.
W związku z tym ograniczę się jedynie do informacji, że J. udostępnił publicznie nasz drugi wspólny kawałek, który zainteresowani mogą sobie odsłuchać tutaj.