Sezon oficjalnie uważa się za otwarty!!!
Trzy wykrzykniki w tytule mogą sugerować wiele rzeczy, ale gwoli ścisłości sugerują bezbrzeżną, wylewającą się z mych oczu i ust euforię. Wystarczy wziąć pod uwagę fakt, że przez ostatnie tygodnie mój codzienny grafik skupiał się wokół pracy licencjackiej, tego koszmaru nocnego, tej jędzy codziennej, z którą musiałam współpracować, niechętnie i opornie. Jeśli ten fakt zestawi się ze zdarzeniem wczorajszym, mianowicie oprawieniem pracy oraz porzuceniem jej wraz z indeksem w odpowiednim punkcie uczelni, to euforia ta zaczyna nabierać logicznego uzasadnienia. Statystycznie pozbyłam się 85 stron bełkotu, zawierających 2 appendixy, 15 wykresów, 88 pozycji bibliograficznych, ze słowem kluczowym brzmiącym “language aptitude”. Jak pisał poeta, never more. Co prawda promotor stwierdził z przekąsem, że ocena z seminarium będzie taka jaka powinna być, trzeba było wcześniej oddać pracę, i za karę wpisał nam po czwórce. Serce omal mi nie pękło, doprawdy. O ile wczoraj jeszcze nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, tak jak ktoś kto dźwigał niebanalny ciężar przez dłuższy czas, pozbył się go, ale wciąż widzi ślady na swoich rękach, tak już dziś zaczynam widzieć, że moje kończyny i mózg zaczynają się goić. Dodajmy do tego to, co zaplanowałam na te wakacje. Zestawmy to z tym, co robiłam w poprzednie. Wychodzi nam piękna, soczysta, słodka Euforia. Tak mogłabym mieć na imię tego lata. Perspektywy w skrócie: morze kameralnie, dwuosobowo (aczkolwiek konkretna miejscowość wciąż pozostaje nieokreślona), Warszawa (pamiętam, pamiętam, poza tym lakier ma przecież długą datę ważności ;P ), Góry Stołowe, z gór do Pragi (aaaaaaa!!!), Gdańsk (mam nadzieję, że bardziej długoterminowo). Poza tym włóczę się między swoją mieściną a uczelniana mieściną i opieprzam bezwstydnie. Na dodatek jest mi z tym rozkosznie przyjemnie. Pracowałam zeszłego lata, przyszła pora stracić i się zatracić. I nie będę wcześnie wstawać, chyba tylko wtedy, gdy w ogóle się nie położę. I nie będę wcześnie się kłaść, chyba tylko wtedy, gdy w ogóle nie wstanę.
Natomiast chwilowo, dokładniej od wczoraj, uczęszczam się uświadamiać artystycznie na festiwal filmowy, który w zestawieniu z rozmiarami mojego miejsca zamieszkania, może się wydawać śmieszny, acz taki nie jest. Co więcej, klimat jest przyjemnie, powiedzmy, kameralny. Projekcje odbywają się, między innymi, na Amfiteatrze miejskim, w lesie, nad jeziorem, wieczorem. Nietoperze zakreślają bezgłośne łuki na ciemnoniebieskim tle nieboskłonu, a na ekranie między drzewami drży światło. I ja, proszę państwa, uwielbiam, gdy zakreślają i drży. We mnie wtedy też drży i drży radośnie, ekstatycznie, wręcz metafizycznie i bosko. Tymże akcentem czas zakończyć. Zbliża się pora kolejnego seansu.
ps. Dla chętnych lub z niedaleka program festiwalu tu .